Jak się dowiedzieć co w Twoim życiu już Ci nie służy? LISTY DO LUDZI 4 #poznajswójcień

( Jeśli w którymkolwiek momencie tekstu, poczujesz się potrząsana czy wskazywana paluchem – po pierwsze, to dobrze, bo wtedy masz szanse na to, by przyjrzeć się, co w Tobie wywołuje niewygodę i w tym obszarze wprowadzić zmiany. Po drugie – musisz wiedzieć, że ja piszę listy do ludzi, ale tak naprawdę, to piszę je także do siebie. Ten głos, który jest narratorem, to często ja sama, ta mądrzejsza, połączona ze Źródłem własnej mocy, Ja – Matka, która jeszcze musi tłumaczyć wiele rzeczy tej mi, błądzącej jak dziecko i szukającej wsparcia. Moją intencją nie jest mówić Ci jak żyć, a jedynie podpowiedzieć, w którą stronę warto spojrzeć, w poszukiwaniu zmian, które mogą uczynić Twoje życie lepszym. )

Coraz mniej mnie jest tu w świecie, a coraz więcej jestem w swoim wnętrzu. To tam znajduję odpowiedzi, których zewnętrzny świat nigdy dla mnie mnie miał. Uważam, że absolutnie wszystkie odpowiedzi są w nas, tam w środku i nie potrzebujemy szukać ich nigdzie indziej. Nie znajdziemy ich poza sobą . A wiesz, gdzie ukryte są odpowiedzi? W ciemności.

Gdy po rozświetlonym lecie nadeszła jesień, wzięłam to za czas pozbierania ze sobą wszystkich frakcji i ulepienia z nich, słowo po słowie, eliksiru słonecznego światła we mnie. TO światło pracowało przez całe lato, przez całe lata! Bo pewne rzeczy dostrzegłam teraz, ale wiem, że one były tam ze mną od zawsze. Czekały na najlepszy moment, bo wszystko wydarza się zawsze w najlepszym dla nas momencie. Zawsze. To my stwarzamy sobie podłoże do zmian – rzeczy mogą się dziać dopiero w momencie pełnej gotowości.

Dopiero, gdy skończyło się lato, mogłam na tyle oddalić się od płótna, by dostrzec, co pięknego we mnie zmalowało latko i zauważyć, jak ten czas we mnie pracował, co to cudownie ciepłe, letnie słońce obudziło we mnie – i tak, to był intensywny czas bycia w sobie i ze sobą, bycia w ciele, odkrywania ciała, (w obu znaczeniach) ile tam w środku jest jeszcze nie oświetlonych zakamarków. Ten proces dopełniał się przez całe lato, aby zwieńczyć swoje dzieło u schyłku jesieni. Jesień w Matce Naturze, to czas odpuszczania, żegnania starego, obumierania tego, co już nam nie potrzebne. Drugi rok z rzędu obserwuję, jak cykle w przyrodzie odzwierciedlają procesy zachodzące w moim wnętrzu. Lato pozwoliło mi zauważyć, gdzie jeszcze we mnie brakuje światła – słońce doświetlało mocno wszystko to, co wołało o światło i ukochanie. Musiałam tylko nabrać odwagi, by spojrzeć temu w oczy.

Lato nauczyło mnie prawdziwego bycia w każdej chwili i pokazało, że każda chwila życia, jest absolutnie tą doskonałą. Że każda forma życia jest doskonała. Że każdy człowiek jest doskonały. I każda sytuacja jest doskonała. I że w każdej sytuacji w życiu – mamy wybór. Wybór reakcji i doświadczeń związanych z sytuacją. Tego, jak postrzegamy rzeczywistość. Że nasz świat zewnętrzny jest dokładnym odbiciem tego świata u nas w środku. Że to nie świat jest zły, a ewentualnie nasze wyobrażenia o nim. Tak cudownie płynęło mi się z rzeczywistością latem, że bez żalu i sentymentów wpłynęłam w jesień wiedząc, że letnie słońce rozgrzało i spaliło we mnie co trzeba. Teraz jesienny wiatr wytrąci ze mnie popioły wszystkich tych emocji i spraw, na które nie ma już miejsca w moim życiu.

Jesień nie zaskoczyła mnie zupełnie niczym, a jednak wszystko było w niej zaskakujące. Czas tak przyspieszył, że nie zdążyłam mrugnąć, a kończy się rok. Astro-logicznie, we wrześniu mamy okres panny, tej od porządków i dbania o siebie, potem jest waga – równoważy i harmonizuje. Skorpion, który odpowiada za transformację – mnie przewiózł tak, że popchnął w przepaść a ja – patrząc umysłem to totalnie na ślepo, lecz czując sercem, że tak właśnie ma być – zaufałam, że to już, puściłam te wszystkie kamienie, które tak mocno ciążyły mi w głębi jestestwa i zgadnij co się stało? Poleciałam. Poszybowałam w górę, prosto do nieba, sięgając gwiazd. Bo nadszedł sezon Strzelca, a ten zawsze mierzy wysoko. Więc tak, skorpion wywalił ze mnie wszystko, co mnie trzymało przy Ziemi, a gdy tylko odważyłam się pożegnać stare, odpuścić to co znam, powiedzieć ‘pa’  temu co nie służy, wydawało się, że opuszczając stary znajomy teren, tracę grunt pod stopami, lecz… ja po prostu poleciałam w górę, bez zbędnego balastu.

Odwaga jest kluczowa w procesie uzdrowienia. Trzeba odważyć się dostrzec swój ból, potem należy go dotknąć i dopiero można się z nim pożegnać. Nie da się pożegnać z czymś, o czym się nie wie, że ma odejść.

Przez cały rok Słońce wędruje po zodiaku fundując nam przejażdżkę po każdym znaku, a każdy z nich ma swoją jakość. To nie przypadek, że u schyłku lata zaczynamy porządki w pannie, by potem odnaleźć równowagę i dać się wystrzelić w gwiazdy. Cudowny cykl natury. Zodiak wraz z przyrodą jesienią przewozi nas przez transformację i smierć, ciemność w nas samych. Jesień owija mrokiem krajobraz, by ułatwić zapadnięcie się głęboko w siebie, w swój wewnętrzny cień, by wreszcie go zobaczyć i ukochać. Nie uciekać – uzdrowić. Po to jest ta ciemność świata – by się w nią zanurzyć. Dać się jej objąć z każdej strony i zaufać, że Cię nie pochłonie, tylko pokaże miejsca, gdzie schowane są odpowiedzi. Tam w środku Ciebie, w zupełnej pustce. Tam, gdzie nigdy nie przeszło Ci przez myśl, by poszukać, a nawet jeśli, to nie starczyło Ci odwagi na konfrontację z własnym cieniem.

Czym jest ten “wewnętrzny cień’? To wszystko to, czego nie chcesz w sobie dostrzec. To, czego w sobie nie lubisz tak bardzo, że nawet nie jesteś w stanie tego w sobie zauważyć. Zauważasz to natomiast na każdym kroku w innych ludziach. Drugi człowiek pokazuje Ci Twój brak albo Twój nadmiar. To co chciałabyś schować i już nigdy nie pozwolić temu wyjść na powierzchnię. Albo to, co pragniesz przejawiać w swoim życiu, a bardzo brakuje Ci odwagi. Cień to jest to, jaka jesteś, a jaka nie chcesz być. Twój żal do siebie, wstyd, zazdrość, każde emocja, której nie pozwoliłaś się ujawnić i udawałaś, że to nie Ty. Ale to jesteś Ty. Cała kompletna Ty. I ta TY, zepchnięta gdzieś na samo dno swojej istoty, siedzi tam zamknięta w lochu Twojej własnej Duszy i woła Cię, byś ją wreszcie dostrzegła, przypomniała sobie jej imię, podała jej rękę z akceptacją i ukochała  najszczerszą miłością, bo to też jesteś Ty. Masz prawo czuć się rozczarowana sobą, zgorzkniała, wściekła na cały świat i ludzi. Masz prawo czuć zazdrość czy niechęć. Masz prawo oburzać się na wszystko, co po prostu Cię oburza. Masz prawo przeżywać wszystkie emocje, nawet te trudne i paskudne, bo te emocje to też Ty.

Ja… musiałam zobaczyć gniew kogoś obok, zobaczyć, że ten gniew mi nie pasuje, że mnie gniecie i że ja w obecności czyjegoś gniewu mam jak: “ dlaczego nie potrafisz zapanować nad własnym gniewem i muszę być jego uczestnikiem. Po co z tym gniewem do ludzi, zarażać tym negatywem?”  Tylko, że wcale nie muszę być uczestnikiem czyjegoś gniewu, bo nie muszę z ludźmi przeżywać ich emocji.  Mogę być obserwatorem. Co więcej, czy to nie aby tak, że skoro uważam się za kogoś, kto tak świetnie panuje nad własnym gniewem, wskazane by było, by jakoś ukoić go w drugim człowieku, kiedy on sam sobie nie radzi? A skoro tak świetnie panuję nad swoim, dlaczego jednak uraża mnie cudzy? To skierowało mnie na pytanie: czy ja tak właściwie pozwalam sobie samej czuć i wyrażać gniew, skoro tak drażni mnie u innych?

“Nie złość się przy dziecku, nie złość się, by nie obniżać swoich wibracji, złość piękności szkodzi, nie złość się bo damie nie wypada przeklinać… “ ależ do pięknej kurwy, oczywiście, że nie przeklinam przy dziecku, ale dlaczego ja ciągle wierzę w to, że powinnam być “jakaś” żeby wpasować się w czyjekolwiek ramki nie zakłócające mu odbioru mojej osoby? Ile z nas wierzy dalej w to, że odczuwanie gniewu czy dajmy na to zazdrości czyni nas mniej kobiecymi czy mniej fajnymi jako ludzie w ogóle?

Powiem przeciwnie: to właśnie, że czujesz to wszystko, że pozwalasz temu płynąć przez siebie, że niekoniecznie się trzymasz kurczowo tych emocji, a zwyczajnie je wyrażasz i puszczasz, czyni Ciebie i mnie człowiekiem i to człowiekiem świadomym swoich własnych jakości, mechanizmów, cech. To pozwala na pracę ze sobą i przekuwanie każdej z tych wartości ze znakiem minus na coś, co napędza do zmian. Tam w tej ciemności się budzi świadomość. Znasz taką historyjkę z obrazków, że diament to tylko kawałek węgla, który świetnie poradził sobie pod ciśnieniem? Ciśnieniem w tej opowieści jest Twoja odwaga, by wyciągnąć na wierzch swój cień. I tak z czarnego węgla otrzymujesz diament – ten diament to jest Twoja budząca się świadomość.

Odkryłam tej jesieni, że moją chorobą było porównywanie.

Porównywanie siebie do innych, tych lepszych. Jak to ubija poczucie własnej wartości, kiedy zamiast myśleć w kierunku inspiracji, bardziej Cię przybija to, że ktoś jest w czymś lepszy od Ciebie. Ała, ego, ała. Porównywanie się również do tych,  którzy na moim tle mogli wypaść słabiej. Jaka to płytka odpowiedź na zazdrość – ‘może i masz coś, czego mi brakuje, ale w ostatecznej tabeli wyników to ja zdobywam więcej punktów.’ Nawet nie mam na to żadnego komentarza, bo patrząc z boku na swoje własne zachowania – mogę się tylko śmiać. Popukać w łeb. I napisać o tym ten wpis, żebyś sprawdziła, czy sama nie masz podobnych zachowań, które wcale nie czynią Twojego życia lepszym.

Porównywanie siebie do wszystkiego naokoło było moim narzędziem manifestowania perfekcjonizmu. Też myślałam, że nie mam nic wspólnego z perfekcjonizmem, bo przecież niewiele rzeczy w moim otoczeniu “zasługiwało” na miano idealnego. Idealny związek? No w sumie to nasz jest doskonały, ale wszędzie mówią, że idealnych związków nie ma, bo tak jest tylko na początku, a poźniej to tylko ciężka praca, więc… więc gówno prawda. Ciężka praca, to jest kiedy jesteś sportowcem i trenujesz 5 godzin dziennie 7 dni w tygodniu, a pozostałą część doby też trenujesz, tylko psychikę, dietę, wytrzymałość, odpoczynek, masaż i trenujesz Twój związek, żeby wytrzymał taką presję. Tak nie wygląda życie w związku, gdzie chcesz po prostu być z osobą, którą kochasz a nie bez przerwy trenować z nią życie razem. Więc dla mnie jest idealnie nawet z każdym niżem bo zawsze, cokolwiek się nie dzieje, jesteśmy w jednej drużynie, jesteśmy MY kontra problem, a nie JEGO problem kontra MOJE oczekiwania, czy rodzice kontra dziecko. To jest dla mnie idealny team. Oczekiwania – zawsze GTFO.

Idealne dziecko? No cóż, jest nasze jest cudem, ale mogłaby być bardziej… hm uważna? Dokładna? Szybsza? Jaka jeszcze, by wpasować się w Twój idealny obraz idealnego dziecka, którym nigdy nie będzie, bo Twoje perfekcjonistyczne wymagania są niemożliwe do spełnienia nawet przez dzieciątko Jezus?

Idealna praca? Hm, w sumie nigdy nie miałam lepszej, ale czasami tylko jak włączam rano komputer to marzę o tym, żeby wyłączyć na stałe te social media, wyjść z domu bo pracuję w dresie, założyć szpilki, wsiąść w pierwszy samolot na najbliższą plażę, od razu na lotnisku wywalić te szpilki w cholerę i na boso pobiec do najbliższego baru po drineczka z palemką, tylko na serio lajtowego, bo aktualnie to opakowanie wiśni w likierze mogło by mnie zamieść z planszy. I z tego baru już prosto na plażę, gdzie zrzucę z siebie całe ubranie, nie przejmując się spojrzeniami ludzi, bo w moim marzeniu żyję w świecie, w którym rozumie się, że ciało to tylko pudełko. Piękne, cenne, doskonałe, ale tylko opakowanie na Duszę i nikt na widok nagości nie ma żadnych schiz, bo nagość jest naturalna jak oddychanie. Tak, pewnego dnia, choć nie jestem pewna, czy jeszcze w tym wcieleniu, zastanę taki świat na moich oczach, tymczasem – ja teraz właśnie chcę go budować lecząc własne rany. Obmywając wdzięcznością wszystko co mam w moim życiu, bo to są same błogosławieństwa i cuda.

Idealne ciało? Tak, moje jest super, włożyłam mnóstwo pracy, by takie było, ale… no i właśnie zawsze i wszędzie to pieprzone ALE, które wszystko psuje, bo przecież gdzieś w internecie istnieje ktoś, kto ma albo twierdzi, że ma, albo wcale nie ma, tylko chciałby mięć, albo udaje, że ma akurat to, co Ty byś chciała mieć.

Piękne ogromne dupsko, przecież widziałam na własne oczy!! Cudowne życie typu 2000 destynacji w 20 dni i ciągle liczę! Idealny związek idealniejszy niż najbardziej wyidealnione produkcje filmowe i bukiet 100 róż co rano do śniadania! (Twoje skromne 2 razy w tygodniu wypadają słabo, nie? Wyłącz zatem swoją zachłanność… Plus laska budzi się z idealnymi brwiami, rzęsami jak od lokówki, ale przecież nie może być, że pomalowane, bo jest hasztag no make up, fryzurą  jak prosto z prostownicy i cerą świeżą jak kropla górskiego strumienia z pocałunkiem pierwszego promienia słońca o poranku… Może ona po prostu tak ma, może to jej urok a może to urok social mediów – nie jest to w ogóle istotne, bo raz, że cudze życie to po prostu cudze życie, a Ty masz własne, które – uwierz mi – jest dla Ciebie najlepsze na tę chwilę, a dwa porównywanie zupełnie nic Ci nie da- bo jeśli chcesz mieć takie życie jak ktoś, kto Ci imponuje, kogo podziwiasz czy komu nawet zazdrościsz – to nie możesz siedzieć w domu i porównywać. Musisz wstać i zacząć to życie żyć, aż zacznie Ci wisieć, co kto ma w życiu i na instagramie, bo będziesz zajęta własną wspaniałą codziennością.

I aż pali mnie na samą myśl, że muszę się z tym pogodzić, ponieważ doskonale wiem, że ktoś mi kiedyś wbił do głowy, że pupa ma być jakaś, związek ma być jakiś, dziecko ma być jakieś, w ogóle życie MUSI BYĆ JAKIEŚ, a wszystko co poza, to już nie spełnia wymagań. Ale czyich? Zgadniesz ?

IMG_5013

To bardzo ważna dla mnie (kolejna) lekcja bezwarunkowej miłości do siebie oraz akceptacji siebie, dokładnie taką, jaka jestem.

Mało to razy ktoś mocno przypominał mi sobą, że jednak brakuje mi odwagi, żeby bez zająknięcia żyć swoją prawdą? Żeby wyrażać tak na maksa całą siebie, ze swoją cielesnością, kobiecością, człowieczeństwem? Ile razy czułam się niesprawiedliwie oceniona na podstawie tylko swojego wyglądu, a sama kwitowałam w myślach zdjęcia  czy ubiór innych kobiet „atencjuszka”. Przecież piszę tyle o Miłości… Tyle się muszę o Niej jeszcze nauczyć. Mogę się uczyć od ludzi, którzy wywołują we mnie kłucie w boku , żeby się przejrzeć w każdym z nich jak w lustrze i to wszystko co widzę w nich postarać się dojrzeć w sobie. Tak, wiem, nigdy nie będę taka jak ona czy tamten, bo nie jestem żadną z tych osób.

Umiejscowiłam sobie w swojej głowie obraz ideału, złożony z setek różnych, cudzych żyć. Niemożliwym jest pomieścić te wszystkie jakości w jednym człowieku i jednym życiu. Ile z nas tkwi w przekonaniu, że musi jeszcze coś więcej zrobić i osiągnąć, osiągnąć to, co ktoś, osiągnął, żeby od wtedy zaczęło być idealnie?

To są moje własne cienie, które dostrzegłam i powyciągałam na światło. Co więcej, płoną teraz prosto pod latarnią żywym światłem, bo oto, zamiast chować je ze wstydem gdzieś pod dywan, opisuję je w pamiętniczku, w internecie, w liście do ludzi – dzieląc się kawałkiem siebie, z każdym, kto tylko zechce poznać tę część mnie, której ja sama się obawiałam. A może weźmiesz coś z mojej lekcji dla siebie i dzięki moim osobistym doświadczeniom dostrzeżesz w swoim życiu pole do zmiany? Może zechcesz zapoznać się ze swoim cieniem, wziąć go w objęcia, zintegrować i poczuć jak o wow, oto JA, nowa ja, taka właśnie jestem.

Nie mogę powiedzieć, że to super bać się oceny ludzi właśnie dlatego, że się jednocześnie ich ocenia, ale coż – cieszę się, że dostrzegłam u siebie ten schemat. Nie twierdzę, że to przyjemne czuć zazdrość do kogoś, kto ma coś, czego nie mam ja,  ale jaka ulga, kiedy znalazłam co sprawia, że sama sobie umniejszam. Nie chciałam uwierzyć, że mogę mieć żal do siebie za to, że nie zaczęłam tańczyć 10 czy 25 lat temu – lecz to na początku mojej drogi stawiało mi opór przed rozwojem. Nie powiedziałabym nigdy o sobie, że jestem perfekcjonistką, a okazało się, że ta właśnie zmora nadzorowała każdy mój ruch, umniejszając i docinając na każdym kroku: no całkiem dobrze, ale… I kolejny raz zaśmiałam się z mojej głowy i jej schematów, może nie jeszcze jak Budda pod drzewem oświecenia, choć tam właśnie zmierzam 🙂

Jesień to pożegnanie starego i robienie miejsca na nowe. Fascynuje mnie, jak bardzo jesteśmy połączeni z calutkim życiem we Wszechświecie. Procesy w człowieku, cykle przyrody, obieg Ziemi. Zatem najdłuższa ciemność dobiega końca. Zaczyna się zima, która dzień po dniu, dodaje coraz więcej światła dobie. Od pierwszego dnia astronomicznej zimy – ciemność przestaje panować nad światłem, ustępując mu miejsca. Dzień będzie się robił coraz dłuższy. Światło wychodzi na prowadzenie – i to również dlatego, że zrobiliśmy mu miejsce. Mrok z wnętrza uwolniony jesienią zostawił przestrzeń. Na niebie pojawia się pan koziorożec – a jego jakości to cele i kariera. Czy to nie doskonałe okoliczności, by zaczynać nowy cykl? 🙂 Dla mnie pierwszy dzień zimy to już  Nowy Rok. Zostawiłam za sobą zbędne rzeczy z poprzedniego sezonu i mogę teraz obmyślać nowy plan na kolejny przebieg. Zimą – praca nad strategią i odpoczynek. Wiosną – nowa energia do działania. Kolejny zestaw zodiakalnych jakości, które są współpracującym z naturą drogowskazem, którędy na następny poziom samopoznania? 🙂

 

 

Zdjęcie główne wpisu: NOONE <3

Be the change you want to see in the world.

komentarze 2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nadlatuję!Jestem wyskakującym okienkiem, ale takim przyjaznym.

Tylko mówię, że za zapis do newslettera dostaniesz w prezencie e-book

"Gdzie zacząć szukać swojego nieba na Ziemi?"

To jak, wchodzisz w to?