TAŃCZĘ bo nie mogę przestać.

No cóż, przez większość życia wydawało mi się, że to co najbardziej kocham to wszelaka twórczość pisarska, a jednak  ( uwaga tu będzie pełen patos, ekhm ) życie zaskoczyło mnie niespodziewanie czymś, czego w ogóle się nie spodziewałam HE HE (bo w życiu ważne są tylko istotne rzeczy) więc:

TAŃCZĘ BO NIE MOGĘ PRZESTAĆ.

Chciałam napisać o tym, co się z człowiekiem dzieje, kiedy nagle znajduje w życiu tę palącą wewnętrznym ogniem pasję yyyy.. kiedy ta pasja w zasadzie sama go dopada i to taka, że nie może przestać o niej myśleć, nie może przestać tego robić. Muszę to napisać, tyle tylko, że jakby nie mogę, bo za każdym razem, gdy próbuję przysiąść do pisania o tańcu to na samą myśl zaczynam rozpływać się w uczuciach i moje serce tak się raduje z tej pasji, że moje ciało pragnie ruchu NATYCHMIAST, więc przerywam pisanie i biegnę tańczyć 😀 Ogólnie to zaczęłam pisać tę notatkę jakoś w sierpniu, żeby podzielić się moją radością, no ale mamy grudzień, więc naprawdę byłby super wreszcie ją opublikować.

Ogień rozprzestrzenił się do tego rozmiaru, że teraz jak słucham muzyki, to głównie przez pryzmat tego, czy nadaje się do tańca, czy czuję ją, czy mnie niesie. W sumie to jazda jest taka, że jak tylko słyszę muzykę, to przed oczami mam od razu jak do tego można zatańczyć, jakieś układy ruchowe nie wiem skąd, umysł wyświetla mi formy o jakich mi się nie śniło a ciało mówi: „dobra, to to w przyszłym roku”.

Ile tak właściwie trzeba tańczyć, żeby móc się nazywać tancerką? Albo jakie sekwencje ruchów posiąść, żeby już móc się tak określić? Co konkretnie warunkuje, że możemy używać danego słowa opisując siebie? A po co właściwie używać słów – skoro tu chodzi o ruch, jakie znaczenie ma to, jaką nadam mu nazwę, skoro chcę się ruszać a nie opisywać to słowami? Ludzie z Nike od lat twierdzą, że jeśli mam ciało to jestem sportowcem, a ja dopiero w tym roku ich posłuchałam. Poszłabym nawet dalej mówiąc, że jeśli masz ciało i przestrzeń, to możesz tańczyć, to jesteś tancerzem.

Ja po prostu zaczęłam czuć energię, jaką ma moje ciało i jaką chce oddać przestrzeni. Bieganie jest super, bo ćwiczy systematyczność i wytrzymałość. (Jakby co, to już od dawna nie biegam 😀 ) Rower uwielbiam, bo mknę na nim przed siebie by poczuć na twarzy wiatr, który wyciska mi łzy z oczu. Treningi ogólnorozwojowe w domu są doskonałe – są świetnym sposobem na spędzanie czasu z towarzyszem życia, nie trzeba nigdzie dojeżdżać, można zacząć dzień od ruchu, uczą samodyscypliny, pięknie rozwijają ciało a w moim przypadku – jeszcze nauczyły mnie pokonywać moje własne granice wciśnięte w jakiś durny schemat przeze mnie samą. O tak, to był tak samo jak dla mojego ciała, ultra trening dla mojego ego. Yhy. Wymieniając dalej – rolki to też świetna sprawa – równowaga, szybkość, płynność i ten wzrok ludzi, kiedy suniesz po ścieżce rowerowej w podwójnej skarpecie, getrach pod dresami W GRUDNIU.  Kolejny cudowny element ruchu – joga. Dla mnie osobiście to sacrum. Jest w jodze jednocześnie i ruch i statyka, i dynamika i wyciszenie, i kontrola i poddanie. To taka rozbudowana medytacja z sekwencją ruchu dla ciała, z oddechem dla umysłu, z przepływem energii dla Ducha. Mam wrażenie, że praktyka jogi przenosi mnie w jakiś zupełnie inny, pozaziemski wymiar. Ja i moje ciało jesteśmy w przestrzeni totalnie nową jakością. Ja – Dusza, moje ciało i umysł, tworzymy harmoniczny układ będąc nierozerwalną jednią. Joga to nie tylko asany, ale także ( a nawet równorzędnie!) medytacja, praca z oddechem, koncentracja, wyciszenie, praktyka, sztuka. Oddech się uspokaja i koi zmysły. Wlewa w ciało . Odnawia więź z duchem. Ciało jest wdzięczne, sprawne, wzmocnione, rozciągnięte. To niesamowite, ale czuję, jak wlewa się w moje ciało czyste światło, które przenika każdą komórkę i wszystkie tkanki. Widzę w swoich oczach radość i spokój po każdej praktyce. Czuję Miłość. Do świata, ludzi, Ziemi, mojego ciała, do siebie samej. Przepiękny sposób na bycie tu i teraz. Doskonały.✨ Ale! Powrót na Ziemię, bo taniec… Taniec jest połączeniem w idealnych proporcjach wszystkich aktywności, które lubię. Które w sumie zdążyłam polubić odkąd budujemy z Wojtkiem rodzinę. ( Nie jest tajemnicą, że wcześniej raczej nie byłam aktywną osobą, nie da się ukryć, że bez aktywności ruchowej, ciało przyobleka się w tłuszcz i to żadna nowość, że codzienna dawka ruchu wyczarowuje ogromną dawkę endorfin. Poza tym, mam w domu trenera, miłośnika sportu, medalistę Mistrzostw Polski w BJJ i mężczyznę, który pozwolił mi na zrobienie z sypialni sali treningowej do tańca! Która początkująca fanatyczka ruchu nie oszalałaby z radości?! Trenerze – będzie Pan zadowolony! ;*)

Więc taniec… zanim stał się moim tańcem, to po prostu… któregoś razu… nie otwierając oczu, zwyczajnie pozwalałam, by moje ciało podążało za dźwiękiem. Jakby goniło w powietrzu za falą, odpowiadało jej. Zanim zaczęłam nazywać mój ruch tańcem – było to coś w rodzaju dialogu. Ciało odpowiadało przestrzeni. Muzyka była magią. Moja Dusza pragnęła czuć i manifestowała to ruchem mojego ciała. Jakby Nie przejmowałam się totalnie tym, co z tego wyjdzie, po prostu zaufałam, że mam w tym ruchu czuć, a nie myśleć. Liczyło się dla mnie tylko to, by poobcować ciałem w przestrzeni. Kreować ruch. Podążać za nim. Czuć go. Literalnie – czuć całą sobą. Na początku miałam takie loty, że czułam tak mocno każdą emocję wyrażaną za pomocą ruchu ciała, że nie potrafiłam powstrzymać łez. Wydaje mi się, że byłam w tym ruchu kilka godzin, wydaje mi się, że oderwałam się od Ziemi, wydaje mi się, że nigdy nie przeżyłam niczego podobnego. Nie mogłam pojąć, jak to jest możliwe, że coś tak pierwotnego i zniewalającego w swej prostocie nie zwróciło nigdy przedtem mojej uwagi. Dlaczego dopiero teraz ( no nie teraz, w maju:)) odkryłam, jak doskonałą formą ekspresji jest taniec… Jakby wgrała mi się aktualizacja systemu, w której  od teraz mam dostęp do opcji ‘just dance’. Było to do tego stopnia niesamowite, że przez następne 2 miesiące ‘ tańczyłam ‘ z zamkniętymi oczami, bez lustra, po to, by jedynie słyszeć muzykę i czuć przestrzeń. Oczywiście moje ciało nie było gotowe na większość sekwencji ruchowych, których zapragnęła moja Dusza, więc treningi przed lustrem były początkowo komiczne 😀 Moje ego chciało od razu zrobić wszystkie obroty świata z piętą przy uchu, lecz ostatecznie dogadałyśmy się, że trzeba to robić technicznie. Z wyczuciem. Po kolei. Oczywiście, że frustrowało mnie, kiedy ‘czułam’ ruch, który chcę wykonać, a moje ciało nie kumało ustawień. O losie! <małpka zakrywająca twarz> Chyba nie chciałam nawet otwierać oczu, żeby nie widzieć, co tam się odstawia! Ostatecznie, co bardzo mnie zdziwiło, moją reakcja na własną nieudolność ruchową nie była obraza majestatu w postaci focha na los, który nie dał mi od urodzenia skilla wijących bioder tancerki latino… Ja… czułam autentyczne podekscytowanie tym, jak mało umiem, bo to oznaczało, że:

1- przede mną cudowna podróż od zera do hmm skillera?(czy coś) Ile będę mogła się nauczyć!

2- moje ego wreszcie przestało się panoszyć i zaczęło dogadywać się z moją Duszą, co do tego , jaka jest pasja w moim człowieku i czego będziemy się uczyć do końca życia.

Delikatny dysonans występuje tylko w momencie, kiedy chcę tańczyć tak jak ludzie tancerze, których oglądam, podziwiam, którzy robią to doskonale, przy czym – robią to  już dekadę lub dwie. I tylko zaraz uświadamiam sobie że oni nie tańczą wcale TAK dlatego, że się urodzili w pointach i tanecznym krokiem przyszli na świat wprost na parkiet porodówki, tylko przerobili godziny na sali, tańcząc, tańcząc, tańcząc.  Oznacza to nie mniej nie więcej jak to, że nie mam teraz za bardzo czasu na NIC, ponieważ MUSZĘ tańczyć. Mam tyyyle do nauki!!

Niesamowite jest to, że poszłam do szkoły muzycznej, z myślą, żeby oczywiście uczyć się muzyki – produkcji muzycznej, śpiewu, gry na pianinie, nie zapominając o interwałach <3 skalach i tonacjach, no i wszystkie znaki na niebie i Ziemi pokazały mi, że poszłam tam w zasadzie po to, żeby dowiedzieć się, że moja miłość do muzyki nie opiera się na chęci tworzenia muzyki tylko z ogromnej, nieposkromionej wręcz potrzeby ruchu z muzyką.

Więc, konkludując, ponieważ pali mi się parkiet i muszę uciekać, chciałam tylko przekazać, że:

1 – taniec to doskonała forma ekspresji, piękna, wyzwalająca, dająca poczucie wolności, to naturalny język komunikacji. W tańcu tak naprawdę tańczy Dusza (Jaźń, Świadomość, Boska Cząstka we mnie, w Tobie) a ciało tylko za Nią podąża.

2 – nauka czegoś nowego od początku to wspaniała podróż, nauka czegoś nowego, co rozpala Cię od środka i nie możesz przestać o tym myśleć – to przepis na codzienną dawkę szczęścia, do końca życia.

3 – NAJWAŻNIEJSZE – ruch w ogóle, nie tylko sam taniec, to …. jest bez kitu coś, co zmienia życie.

Wszystkiego dobrego, pięknego i jak najwięcej ruchu.

Z Miłością,

A.

2018-12-04 20.24.14

Be the change you want to see in the world.

komentarze 4

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nadlatuję!Jestem wyskakującym okienkiem, ale takim przyjaznym.

Tylko mówię, że za zapis do newslettera dostaniesz w prezencie e-book

"Gdzie zacząć szukać swojego nieba na Ziemi?"

To jak, wchodzisz w to?